ROZBITY DZBAN Z MLEKIEM

Biegła dziewczyna, gdzieś z przedmieścia sługa,
Na sprzedaż z mlekiem; ale tak się zdarzy,
Że nieszczęśliwie dzban się w ręce zważy...
I stłukł się padłszy, i spłynęła struga
Mleka po bruku. Tedy od żałości
Biedna dziewczyna płaczem się zaniosła;
A ciżba ludzi dokoła niej rosła,
I jako zwykli czynić ludzie prości,
Ten jej wymyśla, a ów upomina,
Ów się lituje...A biedna dziewczyna
W żałości serca załamała dłonie:
„A cóż ja pocznę, cóż ja biedna zrobię!
Gospodarz srogi, i gdzież ja się schronię?
I jakąż teraz radę dam ja sobie?
Ani co sprzedać, ani kupić za co.
Oj! Źle za taką służbę mi zapłacą –
Skrzywdzą i jeszcze wytrącą z zasługi!...”
I osłupiała, i patrzy gdzie strugi
Spłynęły mleka, w żalu zadumana.
Wtem nadszedł Kanty i do niej powiada:
„Zbierz te skorupy!” – Padła na kolana...
I dzban w jej rękach sam się cudem składa.
Kanty po ludziach spojrzał wkoło siebie:
„O! Krzywda sługi wielka krzywdą w niebie!
I upominam nie krzywdźcie służebnych!
Bo Bóg odmówi wam rzeczy potrzebnych,
I w nędzy ducha sami zostaniecie.
A ty chodź ze mną opłakane dziecię”.
I w trwodze Bożej szła dziewczyna za nim –
A że był ludu prostego kochaniem,
Więc cała rzesza zdziwiona wypadkiem
Szła tuż za nimi z bardzo wielkim statkiem,
Czekając tego, co się zdarzyć miało,
I poza miastem doszli do Rudawy.
A Kanty kazał dzban napełnić cało,
I Bogu zlecał nędzę ludzkiej sprawy.
I cud się zdarzył śród ludu nad rzeką;
Bo gdy w modlitwie rzewnej się rozczulił
I dzbanów z wodą do swych ust przytulił,
Tedy się woda przemieniła w mleko.
I rzekł Jan Kanty: „Ludziom małej wiary Powiedzcie o tem,
że Bóg dobre sługi W opiece chowa; i bierzcie stąd miary,
A niech się kaja i jeden i drugi”.

(Na podstawie: "Żywota św. Jana z Kęt.", ks. Wł. Gasidło.)

 

 

 

NAPAD ZBÓJCÓW

Kiedy Kanty raz z rzymskiej powracał podróży,
To mu się przyszło przeprawiać przez góry,
Co się otarły szczytami o chmury.
Wtem jakieś łotry drogę mu zastąpią,
Gróźb bardzo srogich i obelg nie skąpią,
"Jestem pielgrzymem", Kanty im powiada,
"Z dalekich krajów". - "To oddaj nam złoto!"
Grożąc maczugą łotr na to odpowiada,
"Bo już ostatnia twa godzina oto!..."
I ukląkł Kanty, szaty z siebie zrzucił,
Oddał torbę podróżną powolnie,
A potem oczy ku niebu obrócił.
"A czy nic więcej nie masz włóczęgo?"
Oświadczył łotrom sługa Boży,
Że tyle tylko wziął do tej podróży.
To go puszczono z kosturem i księgą.
Kanty powstał powoli, i bolejąc srodze
Nad ich upadkiem, szedł dalej po drodze.
Wtem jakoś nagle przypomina sobie,
Że ma zaszytych w kaftanie kilka sztuk złota.
Przystanął: "Panie! Cóż ja zrobię?
Wszakże i łotra nawet się nie godzi okłamać!"
I pobiegł w skały za łotrami spiesznie...
A ci zdziwieni, że za nimi chodzi,
Ten, którego przed chwilą obdarli,
Stanęli w miejscu... I rzekł im Kanty:
"Oto mam jeszcze w kaftanie ukrytych
Kilka sztuk złota przed drogą zaszytych.
Jakoż ta wina bardzo serce zbodła,
Żem was okłamał, bom zapomniał o nich.
Miejcie nade mną przeto zmiłowanie,
I chciejcie przyjąć bez urazy oto..."
Tu rozdarł kaftan i oddał im złoto.
Coś wstrząsnęło zbójcami i spojrzeli po sobie,
Straszliwa trwoga chwyciła im serce - padli na kolana.
Jan Kanty spojrzał na nich miłościwie:
"Pragniecie nieba, żałujcie za wasze grzechy!"
"O myśmy Boga samego okradli,
Bośmy Świętego człeka napadli"
Mówili łotry i było płakanie
I wielkie serca grzesznego wylanie.
Sługa Boży przyjął gościnę pod zbójecką strzechą.
I ze czcią w szaty znowu go ubrano
I grosz podróżny z torbą oddano.

(Na podstawie: "Żywota św. Jana z Kęt.", ks. Wł. Gasidło.)

 

 

 

WSKRZESZENIE DZIECKA

"Była Wielkanoc: i święty bohater,
Jako był zwyczaj onej Almy Mater,
W dziedzińcu Almy żaczków uweselał,
Bo ich i chlebem, i pisanem jajem
Na Zmartwychwstanie Pańskie poobdzielał.
I żaczki z sobą dzieliły się wzajem.
Tedy nadbiegła ulicą od miasta
W śmiertelnej trwodze strapiona niewiasta.
A gdzie mąż święty? tak u chłopiąt pyta,
W rozpaczy serca miota się i chwyta.
Jan Kanty siedział w swej celi na ziemi
I dzielił radość świętą z maluczkiemi.
Niewiasta przed nim na kolana padła
I jako chusta tak straszliwie zbladła.
"O ratuj, ojcze! jam jest biedna wdowa,
Dziecię mi kona! Gdy cieszysz szczęśliwych,
Nie żałuj dla mnie modlitwy i słowa,
A może jeszcze powróci do żywych
Dziecię, co we łzach matki ukąpane
I na pociechę wdowie było dane!"
Powstał Jan Kanty od maluczkiej rzeszy
I za niewiastą, ile zdoła, śpieszy.
Dziecię nie żyło, gdy weszli do progu;
I rzekł Jan Kanty: "Ofiaruj je Bogu!"
Niewiasta padła w wielkiej serca męce,
A Kanty ukląkł - Wziął dziecię na ręce
I wzniósł do nieba - i jest ożywione,
I do pierwszego zdrowia powrócone.
A gdy dom wdowy Kanty rozweselił,
Tedy dopiero jajem się podzielił
I z onem dzieckiem, i z oną niewiastą;
Bo choć Wielkanoc święci całe miasto,
Uważał sobie, że wdowa w żałości
Nie pamiętała na ten dzień świętości.
I tak lata biegły, i rosła nić złota
W cichem zakryciu świętego żywota."

(Na podstawie: "Żywota św. Jana z Kęt.", ks. Wł. Gasidło.)